piątek, 15 maja 2026

Myszyniec: 27 sierpnia 1914 roku - 61. Pułk Piechoty

 

Tłumaczenie i opracowanie: Jacek Czaplicki

 

Jednostki 61. Włodzimierskiego Pułku Piechoty
w walkach pod Myszyńcem
w dniu 27 sierpnia [9 września] 1914 roku.

 

Zgodnie z rozkazem dowódcy 16. Dywizji Piechoty oraz dowódcy prawej kolumny, pułkownika Golicyńskiego [Aleksander Nikołajewicz Golicyński], dowódcy 62. Pułku Piechoty, wysłano awangardę prawej kolumny, złożoną z II i IV Batalionu 61. Pułku Piechoty, czterech karabinów maszynowych oraz 2. Baterii 16. Brygady Artylerii, która pod dowództwem pułkownika Golicyńskiego wyruszyła rankiem o godzinie 7:00 z Tatar do Wykrotu.

Wcześniej, o godzinie 6:00, na rozkaz Bielawskiego [Aleksiej Pietrowicz Bielawski], dowódcy 61. Pułku Piechoty, wysłano oddziały zwiadowcze pod dowództwem porucznika Supruna [Siemion Nikołajewicz Suprun] w kierunku Wykrotu w celu ustalenia, jakie siły wroga zajmują tę wieś, a jeżeli miejscowość ta nie byłaby zajęta, to należało podjąć szybkie i energiczne działania w celu ustalenia, jakie siły nieprzyjaciela zajęły Myszyniec i Wolkowe.

O godzinie 7:30 na rozkaz dowódcy dywizji pozostałe jednostki pułku dołączyły do prawej kolumny głównych sił, złożonej z 61. i 62. Pułku Piechoty oraz podlegających im jednostek. Kolumną dowodził dowódca 62. Pułku Piechoty, pułkownik Golicyński.

O godzinie 9:00 otrzymano raport od dowódcy oddziałów zwiadowczych, porucznika Supruna, że wieś Wykrot jest obecnie wolna od wroga, ale poprzedniego dnia była zajęta przez pułk piechoty z karabinami maszynowymi i czterema działami, który o godzinie 17:00 wycofał się w kierunku Myszyńca (notatka polowa nr 21). Informacja ta została potwierdzona przez mieszkańców Wykrotu, spotkanych przy leśniczówce, znajdującej sie na południe od wsi Sul.

O godzinie 12:00 awangarda i kolumna głównych sił zatrzymały się: awangarda przy wyjściu z lasu na południe od wsi Wykrot, a główne siły w tym samym lesie, na linii wsi Gadomskie i Zalesie. Dowódca dywizji wydał rozkaz wznowienia natarcia po rozeznaniu się w sytuacji.

Podczas postoju otrzymano raport od porucznika Supruna:

1) na zachód od wsi Drężek wykryto zwiadowcze patrole kawalerii wroga; zniknęły one w lesie na zachód od wspomnianej wsi w momencie zbliżania się naszych zwiadowców;

2) do Wykrotu wkroczył oddział zwiadowców porucznika Supruna oraz pieszy oddział wroga;

3) nasz zwiad kawalerii zameldował, że w Myszyńcu znajduje się szwadron kawalerii wroga oraz cztery działa; nie udało się określić liczebności piechoty;

4) na drodze z Myszyńca do Myszyńca Starego widać gęsty pył, który powodują cztery wozy zmierzające do Myszyńca Starego; szwadron wroga kieruje się z Myszyńca do Wachu;

5) wieś Orły nie została zajęta przez wroga;

6) oddział wroga sile plutonu zmierza Myszyńca Starego w kierunku osady Nadl. Zawodzie i zajął leśniczówkę oraz skraj lasu przy niej. Most przez rzekę Rozoga przy osadzie jest zniszczony, a na drodze od osady Nadl. Zawodzie do Myszyńca widoczne są okopy.

Przez cały czas przemarszu utrzymywano łączność między prawą a lewą kolumną poprzez wysyłanie kurierów z meldunkami.

O godzinie 15:00 otrzymano notatkę polową ze sztabu 16. Dywizji Piechoty nr 186 dotyczącą kontynuacji przemarszu przez miejscowości Wykrot, Wolkowe oraz wydzielenia awangardy z 61. Pułku Piechoty wspartej dwiema bateriami oraz o wystawieniu czujek na linii wsi Antonia, Dąbrowy i kordonu Łosiczno. Kontynuowano natarcie w kierunku wsi Wykrot.

O godzinie 16:15 dotarły rozkazy od dowódcy dywizji (nr 185 i 188) zawierające szczegóły dotyczące rozmieszczenia wroga w okolicach Myszyńca oraz rozkaz przemieszczenia się na północ i oskrzydlenia lewego skrzydła wroga.

Aby nie tracić czasu, a także ze względu na dużą możliwość walki z wrogiem, dowódca 61. Pułku Piechoty, pułkownik Bielawski [Aleksiej Pietrowicz Bielawski], natychmiast dołączył do wystawionych oddziałów awangardy pułkownika Pusztorskiego [Iwan Konstantinowicz Pusztorski] i przejął dowództwo nad tymi oddziałami, a także poprosił dowódcę 62. Pułku Piechoty, pułkownika Golicyńskiego, o wysłanie mu pozostałych jednostek pułku wraz z baterią, zgodnie z notatką polową sztabu 16. Dywizji Piechoty nr 186.

Połowa 7. Kompanii pod dowództwem porucznika Rzeczyckiego [Władimir Felicjanowicz Rzeczycki], która zatrzymała się nad rzeką Rozoga na drodze z Wykrotu do Wydmus, otrzymała rozkaz od pułkownika Bielawskiego, by nacierać wzdłuż rzeki Rozoga do osady Nadl. Zawodzie w celu ataku na prawą flankę wroga, obsadzającego okopy przy osadzie Nadl. Zawodzie.

6. Kompanię pod dowództwem kapitana Kazancewa [Nikołaj Michajłowicz Kazancew] skierowano z Wykrotu na drogę Dęby - Myszyniec w celu przeprowadzenia frontalnego ataku na te same okopy przy osadzie Nadl. Zawodzie.

5. Kompanii dowodzonej przez kapitana Markowa [Jefim Aleksandrowicz Markow], znajdującej się w szeregach awangardy, pułkownik Bielawski, rozkazał atakować przez las znajdujący się na północ od Wykrotu w kierunku Wolkowych.

8. Kompania dowodzona przez kapitana Maksimowicza-Grigorenko [Leonid Aleksandrowicz Maksimowicz-Grigorenko], znajdująca się w prawym skrzydle awangardy, otrzymała od Bielawskiego rozkaz ataku od rozgałęzienia drogi prowadzącej z wsi Gadomskie do Myszyńca i Wykrot przez osadę Orły na Dąbrowy.

O godzinie 16:00 oddziały awangardy zajęły Wykrot. Dowódca pułku, pułkownik Bielawski, wyruszył na zwiad w celu wyznaczenia trasy przemarszu, którą można by przejść niezauważenie obok wroga. Ustalił, że należy przemieścić się na wschodnie obrzeża Wykrotu, a następnie przez zarośla biegnące wzdłuż drogi z Wykrotu do wsi Dęby, można niezauważenie dotrzeć do lasu na północ od Wykrotu, a następnie przez ten sam las przejść do osady Orły, co też zostało wykonane. O trasie przemarszu awangardy poinformowano dowódcę prawej kolumny, pułkownika Golicyńskiego, i ustalono sygnały.

O godzinie 16:20 wysłano do dowódcy 4. Pułku Huzarów w pobliżu Wykrotu notatkę nr 126 z następującą informacją:

1) 61. Pułk Piechoty przemieszcza się w kierunku wsi Wolkowe przez wieś Orły;

2) Myszyniec jest zajęty przez dwa pułki piechoty wroga wyposażone w karabiny maszynowe zamontowane na samochodach oraz artylerię;

3) jeśli informacja ta zostanie potwierdzona, pułk przeprowadzi atak w celu oskrzydlenia lewego skrzydła wroga.

O godzinie 16:35 otrzymano raport porucznika Supruna (nr 30) informujący, że okopy wroga w okolicy osady Nadl. Zawodzie są tak dobrze wkomponowane w teren, że są zupełnie niezauważalne, a od cmentarza w Myszyńcu w kierunku osady Nadl. Zawodzie zbliża się kompania wroga.

O godzinie 17:20 artyleria wroga otworzyła ogień w kierunku 7. i 6. Kompanii, które prowadziły natarcie na osadę Nadl. Zawodzie.

Wspólny atak 6. i 7. Kompanii (6. Kompanii na głównym kierunku, i 7. Kompanii na skrzydle) zmusił wroga, zajmującego okopy przy osadzie Nadl. Zawodzie, do ich szybkiego opuszczenia i chaotycznego wycofania się do Myszyńca, przy czym 6. Kompania zajęła osadę Nadl. Zawodzie i ostrzeliwała wycofującego się wroga; natomiast 7. Kompania, dowiedziawszy się, że osadę Nadl. Zawodzie zajęła 6. Kompania, wstrzymała natarcie, docierając na wzgórze 63,8 znajdujące się na zachód od wsi Wolkowe. Ich natarcie prowadzone było pod wrogim ostrzałem szrapnelowym, a wspomniane wzgórze zostało osiągnięte około godziny 19:20.

6. Kompania kontynuowała ostrzał wycofującego się wroga, który w sile batalionu zaczął gromadzić się w lasach na wschód od Myszyńca. Wróg osłaniał odwrót swoich oddziałów, otwierając ogień szrapnelowy na 6. Kompanię, w wyniku czego kompania nie była w stanie nacierać i zatrzymała się w tej pozycji do zmierzchu, a następnie przemieściła się do Wykrotu. Artyleria lewej kolumny natychmiast odpowiedziała na ostrzał prowadzony przez wroga.

Po opuszczeniu skraju lasu znajdującego się na południe od wsi Orły pod dowództwem podporucznika Zdanowicza [Wasilij Michajłowicz Zdanowicz] wysłano pieszy oddział zwiadowców do wsi Dąbrowy. Dowódca pułku, pułkownik Bielawski, wysłał pułkownika Pusztorskiego z 8. Kompanią, by przejął dowództwo nad 5. i 8. Kompanią, przy czym otrzymał rozkaz zajęcia wsi Dąbrowy.

Gdy awangarda dotarła na wzgórze 57,2 znajdujące się na zachód od wsi Orły, zauważono gęsty pył na drodze prowadzącej ze wsi Myszyniec Stary do wsi Dąbrowy; przez lornetkę widać było, że to były najprawdopodobniej wycofujące się tabory wroga.

Pułkownik Bielawski, przesunął 2. Baterię na otwartą pozycję znajdującą się na północny zachód od wspomnianego wzniesienia i rozkazał otworzyć ogień do przemieszczającego się taboru, a IV Batalionowi, którym dowodził podpułkownik Schwerina [Gieorgij Aleksandrowicz Schwerin], który zostawił 16. Kompanię w osłonie artylerii nakazał z resztą sił nacierać na Wolkowe w celu wyjścia na flankę i tyły wroga.

O godzinie 18:00 (8 minut po otrzymaniu rozkazu) 2. Bateria otworzyła ogień w kierunku wyznaczonego celu. Momentalnie dało się zauważyć zamieszanie w szeregach wroga i jego ucieczkę w kierunku wsi Dąbrowy. Ogień baterii w kierunku kolumny taboru trwał do momentu, gdy tabor zniknął z pola widzenia. O otwarciu ognia przez baterię awangardy poinformowano dowódcę prawej kolumny, pułkownika Golicyńskiego. Doniesiono mu również, że na północ od Myszyńca Starego wykryto baterię wroga, która otworzyła ogień w kierunku 2. Baterii.

Ostrzał został przekierowany na baterię wroga. Bateria wroga, po oddaniu dwunastu strzałów, zamilkła.

Parę minut później otrzymano raport porucznika Supruna, że oddziały wroga wycofują się z Myszyńca do Myszyńca Starego. 2. Bateria otworzyła do nich ogień, a następnie o godzinie 18:45 zauważono kurz wznoszący się na drodze z miejscowości Myszyńca Starego do wsi Dąbrowy. Przez lornetkę widać było, że to wycofuje się tam piechota wroga — natychmiast ogień baterii został skierowany na nią.

O godzinie 18:45 wysłano rozkaz do pułkownika Pusztorskiego, aby ten powiadomił podlegającego mu dowódcę IV Batalionu, podpułkownika Schwerina, że kolumna wroga wycofuje się ze wsi Myszyniec Stary do wsi Dąbrowy. Oddziały pułkownika Pusztorskiego miały nacierać między wsiami Wolkowe oraz Dąbrowy i zająć pozycję, z której będą mogły ostrzelać z broni piechoty i karabinów maszynowych flankę uciekającego wroga. Rozkaz ten został wydany, ponieważ dowódca pułku, pułkownik Bielawski, nie spodziewał się, aby II Batalionowi udało się zająć wieś Dąbrowy przed świtem, i dlatego skierował go krótszą drogą na trasę odwrotu wroga.

Bateria wroga, która zajęła na nową pozycję, próbując osłaniać odwrót piechoty, po oddaniu trzech strzałów opuściła pozycję i rozpoczęła odwrót. Rosyjska 2. Bateria kontynuowała ostrzał zarówno cofającej baterii wroga, jak i piechoty.

Pojawienie się rosyjskiej piechoty między wsiami Wolkowe i Dąbrowy oraz ogień baterii drogę odwrotu wroga zmusiły go do zmiany kierunku odwrotu w stronę wsi Pełty, Wujaki i Zawojki, co potwierdził raport podporucznika Zdanowicza, a później relacje żołnierzy obserwujących odwrót wroga.

Po godzinie 19:00, tuż przed zapadnięciem zmroku, pojawiła się rosyjska kawaleria, przemieszczająca się drogą ze wsi Krysiaki do wsi Dąbrowy. Bateria konna otworzyła ogień; pociski najpierw wybuchały nieco przed rosyjskimi liniami znajdującymi się na północny zachód od wsi Wolkowe, a następnie ogień został przeniesiony do przodu. Natychmiast wysłano do tej kolumny podporucznika Mironowicza [Paweł Ignatiewicz Mironowicz [1]], aby zorientował się w sytuacji w terenie i ustalił kierunek odwrotu wroga w celu jego pościgu.

Ogień rosyjskiej 2. Baterii trwał w kierunku widocznych celów aż do zmierzchu, a potem został przerwany.

O godzinie 21:35 pułkownik Pusztorski zajął wieś Dąbrowy, a mniej więcej w tym samym czasie dołączył do niego IV Batalion. Niewielkie oddziały wroga nadal wycofywały się w kierunku wsi Dąbrowy. Jeden z oddziałów wroga, liczący około 12 osób, pojawił się około godzinie 22:45 w pobliżu domu, w którym pułkownik Pusztorski zebrał oficerów II i IV Batalionu w celu wydania im rozkazów dotyczących rozstawienia placówek straży. Reakcja starszego podoficera 5. Kompanii, Fiodora Sobko, zapobiegła atakowi tego oddzialu wroga na dom z oficerami.

Dowódca pułku, pułkownik Bielawski,, rozkazał dowódcy II Batalionu, pułkownikowi Pusztorskiemu, zmienić linię placówek i rozstawić je wzdłuż linii Antonia – Dąbrowy – Myszyniec, gdzie miał nawiązać styczność z 63. Pułkiem Piechoty.

W tym czasie dołączyły pozostałe oddziały 61. Pułku Piechoty, wchodzące w skład głównych sił prawej kolumny i dowodzone przez pułkownika Bielawskiego, wraz z 2. i 6. Baterią, zmierzające w stronę wsi Wolkowe.

62. Pułk Piechoty pozostał w osadzie Orły.

 


 

 

W nocy na drodze Myszyniec – Dąbrowy znaleziono łupy wojenne: uszkodzone dwukołowe wózki z amunicją, kuchnię oficerską, broń, w tym karabin skałkowy, skrzynię chleba, konserwy, suchary, kaszę, mąkę, owies oraz inną żywność. Z przesłuchań jeńców wynikało, że należeli oni do 5. i 18. Regimentu Landwehry, 70. Brygady Landwehry, niemieckiego XVII. Korpusu.

Następnego dnia, gdy pułk rozstawił placówki wzdłuż linii Grądzkie – Rozogi – Klon, na podstawie zeznań okolicznych mieszkańców stało się jasne, że wróg w nocy wywoził rannych i poległych oraz zbierał rozproszone resztki swoich oddziałów, częściowo w kierunku Rozóg, a częściowo w stronę skraju lasu w kierunku wsi Kokoszki.

27 sierpnia pułkownik Pusztorski został ranny w głowę odłamkiem pocisku, ale pozostał w szeregach pułku. Poza tym w pułku nie było rannych ani poległych.

Podczas przeszukania domów w Rozogach w dniu 28 sierpnia okazało się, że zamożni mieszkańcy opuścili skrycie miejscowość 27 sierpnia, a w domu pastora znaleziono na stole pozostawioną w pośpiechu butelkę piwa.

Załącznik: schemat natarcia awangardy prawej kolumny oraz lista rannych i poległych oficerów.

Podpisał:

Dowódca 61. Włodzimierskiego Pułku Piechoty, pułkownik Bielawski.



[1] Paweł Ignatiewicz Mironowicz był synem kapitana Ignacego Mironowicza, naczelnika policji miejskiej we Włocławku, na którym bojówki PPS dokonały udanego zamachu w dniu 1 sierpnia 1906 r.

 


 

niedziela, 28 grudnia 2025

Zapiski starego czekisty

 

„Zapiski starego czekisty” – rozdział I

Fiedor Fomin

Tłumaczenie i opracowanie: Jacek Czaplicki

 

 

Życie żołnierza

 

Od czego zacząć moje wspomnienia?

Zapewne to dręczące pytanie zadawał sobie każdy, kto chwycił za pióro, by podzielić się wrażeniami z długiego i bogatego w wydarzenia życia.

Być może najlepiej będzie, jeśli zacznę od momentu, w którym ja, wiejski chłopak, syn biednego chłopa, włożyłem żołnierski płaszcz.

(…) Pierwsza wojna (…) była już w pełnym rozkwicie. Nienasycony front domagał się coraz więcej ludzkiego mięsa. Coraz większe masy ludzi pędzono na rzeź „za cara i za wiarę prawosławną”. Przyszła kolej na mnie. W styczniu 1915 roku przed terminem zostałem powołany do wojska.

Od pierwszego dnia doświadczyłem na własnej skórze, jak wyglądało życie żołnierza w carskiej armii. Oczywiście słyszałem o tym wcześniej, ale były to tylko historie i na miejscu musiałem to wszystko przeżyć sam...

Zanim jeszcze zdążyłem ochłonąć po podróży, wezwał mnie do siebie feldfebel batalionu rezerwowego stacjonującego w Tule: chciał mnie lepiej poznać. Najwyraźniej był „nie w humorze”.

- Skąd przyjechałeś?

- Z Moskwy.

- Miastowy, powiadasz - uśmiechnął się feldfebel. - No dalej, pokaż mi swoją miejską kulturę. Harmonista do mnie! - krzyknął.

Byłem zaskoczony. Czego on ode mnie chce?

- No dalej, pokaż mi jak się tańczy kadryl! - rozkazał, gdy przybył harmonista.

- Nie wiem jak, gospodin feldfebel - odpowiedziałem.

- Nie umiesz zatańczyć kadryla?! Dawaj, tańcz …

- Ale ja nie umiem tańczyć.

- Kłamiesz! Musisz to umieć. Musisz być w stanie zrobić wszystko, jeśli jesteś żołnierzem. Jesteś żołnierzem, czy kim? … Odpowiedz! - Nagle krzyknął i zaczął mnie naciskać.

- Tak jest, żołnierzem!

- Nauczę cię, sukinsynu, jeśli nie umiesz. Dla spokoju duszy nauczysz się jak przepisu na kringel ... Graj taniec kamaryński - rozkazał harmoniście.

Ten zamrugał ze strachu i zagrał energicznie do tańca.

- No!!! - Feldfebel znów na mnie ruszył.

Stałem nieruchomo.

- Nigdy nie tańczyłem, gospodin feldfebel – zamierając wydusiłem z siebie.

- A ja ci rozkazuję! Rozumiesz? Tańcz i tyle.

Z gorzkim poczuciem urazy zacząłem ruszać nogami i tupać.

- Pod muzykę, do rytmu dawaj, weselej! - krzyknął feldfebel i roześmiał się.

 

Nie byłem długo w tym batalionie. W lipcu 1915 roku zostałem włączony do kompanii marszowej i wysłany na front.

Dotarliśmy w okolice Ostrowi Mazowieckiej i Ostrołęki, gdzie w tym czasie trwały zacięte walki. Zatrzymano nas 20-30 kilometrów od linii frontu, gdzie zostaliśmy rozmieszczeni w namiotach rezerwy korpusu, której celem było uzupełnianie oddziałów - zastąpienie poległych i rannych żołnierzy.

W tym obozie przebywaliśmy przez tydzień. Ale nawet tutaj oficerowie usilnie nas mustrowali.

Pewnego razu po zajęciach, podczas przerwy obiadowej, żołnierze położyli się odpocząć w swoich namiotach. Oficer dyżurny pułku postanowił zrobić obchód naszych namiotów. Padła komenda: „Powstań, baczność!”. Ja i inni żołnierze zasnęliśmy i nie usłyszeliśmy komendy. Oficer dyżurny wszedł do namiotu, kopiąc nogą zaczął podnosić śpiących żołnierzy. Kiedy mnie kopnął, zerwałem się.

- Słuchaj, jeśli to się powtórzy, jeśli nie wstaniesz na komendę, obiję ci twarz! - powiedział oficer dyżurny i wyszedł.

Dwa dni później dowódca kompanii, porucznik Jakowlew, zabrał nas na ćwiczenia w terenie. Padał ulewny deszcz. Byliśmy przemoczeni do ostatniej nitki. Kiedy wracaliśmy z ćwiczeń, nie tylko trudno było dotrzymać kroku na wiejskiej drodze, ale ogólnie z trudem dało się maszerować, gdyż błoto lepiło się do naszych butów. Ale oficer zażądał „trzymać krok”.

Zaczęliśmy zbliżać się do namiotów.

Porucznik Jakowlew zaczął krzyczeć jeszcze groźniej:

- Raz, dwa! Raz, dwa! Nie słyszę kroków! Maszerować głośniej! Raz, dwa! Podaj krok!

Ale nic nie było słychać oprócz mlaskania błota. Cóż to za „krok”!

Ale oficer nie poddawał się:

- Podaj krok! - Krzyknął.

Bez względu na to, jak bardzo żołnierze starali się zadowolić oficera, nadal nie dało się usłyszeć „kroku” a droga zamieniła się w grząskie bagno. Deszcz nie przestawał padać. Zmęczeni, mokrzy i brudni, myśleliśmy tylko o jednym: żeby szybko schronić się pod dachem i zagotować owsiankę …

Dotarliśmy do obozu.

Nagle słyszymy komendę:

- W tył zwrot, marsz! - Zawróciliśmy, a porucznik Jakowlew zaczął nas raz po raz gonić, domagając się „kroku”.

- Będę gonił, dopóki nie usłyszę „kroku”. - I gonił nas, gonił z jakimś radosnym szaleństwem. Byliśmy całkowicie wyczerpani, a kiedy Jakowlew nas zatrzymał, niektórzy z nas nawet się zataczali.

- Zmęczeni? - zapytał niespodziewanie przyjacielsko. - Teraz odpoczniecie... Krokiem marsz!

A kiedy dotarliśmy do ogromnej kałuży, Jakowlew rozkazał: „Padnij!”.

Kilka minut leżenia w kałuży wydawało się wiecznością.

 

Źródło: gwar.mil.ru

Wkrótce w rejon stacjonowania jednostek rezerwowych, gdzie znajdowała się nasza kompania, po długich i zaciekłych walkach przybył 130. Chersoński Pułk Piechoty. Z czterech tysięcy żołnierzy i oficerów pułku przy życiu pozostało tylko 120 ludzi.

Resztki rozbitego pułku ustawiły się przed nami, którzy nie byliśmy jeszcze ostrzelani. Patrzyliśmy na ich wynędzniałe, szare twarze o przekrwionych oczach, na ich brudne płaszcze i czapki, podziurawione i nadpalone przez kule i szrapnele.

Pojawił się pułkownik Zajczenko, dowódca pułku i ksiądz. Rozpoczęło się nabożeństwo żałobne za „miłujących Chrystusa żołnierzy, którzy polegli na polu bitwy za wiarę, cara i ojczyznę”. Następnie ksiądz zaprzysiągł nas, po czym uzupełniliśmy szeregi zdziesiątkowanego pułku.

Przyjęliśmy tę wiadomość z niemal radością. Porucznik Jakowlew był bardzo okrutny. Warto było pójść do piekła, byle tylko się od niego uwolnić. Kiedy przydzielono nas do kompanii i drużyn, zauważyłem młodego porucznika z Krzyżem św. Jerzego. Miał spostrzegawcze i, jak mi się wydawało, smutne oczy, otwartą, sympatyczną twarz.

- Kto na ochotnika chciałby się zgłosić do drużyny zwiadowców? - zaproponował.

Jako pierwszy wystąpiłem do przodu. Taką chęć wyraziło jeszcze kilka osób.

- Nasza służba jest trudna, niebezpieczna - powiedział porucznik. - Jesteśmy oczami i uszami pułku. Jesteśmy pierwszymi, którzy ruszają na Niemców, pierwszymi, którzy idą do walki na bagnety i pierwszymi pod ostrzałem. Zatem, bracia, przemyślcie to, zanim będzie za późno.

Spojrzał na tych, którzy wystąpili do przodu i milczał przez chwilę. Potem kontynuował:

- Potrzebuję prawdziwych żołnierzy: odważnych, wytrzymałych, posłusznych. Ci, którzy się boją, ci, którzy zawiodą swoich towarzyszy i porzucą ich, i ci, którzy będą narzekać - niech lepiej cofną się do szeregu.

Ale ja stanowczo zdecydowałem: będę zwiadowcą dla tego oficera.

Wszystko wskazywało na to, że rozumiał trudną sytuację żołnierzy, współczuł nam. Później, kiedy poznaliśmy go lepiej, polubiliśmy go jeszcze bardziej. Porucznik Nikołaj Nikołajewicz Jakunnikow był prawdziwym oficerem frontowym, uczciwym i odważnym, oraz szanował żołnierzy. Nigdy nie krzyczał, nie popisywał się, jak inni oficerowie pułku, efektownymi sztuczkami i banałami. Wręcz przeciwnie, był powściągliwy i skromny.

W odróżnieniu od innych oficerów często odwiedzał nas w kwaterze drużyny zwiadowczej i rozmawiał z nami. Żołnierzom trudno było zdobyć gazetę na froncie. Jakunnikow dawał mi swoje gazety, które czytałem na głos zwiadowcom z naszej drużyny. Moi koledzy byli żywo zainteresowani sytuacją na froncie, wiadomościami z Piotrogrodu i Moskwy. Czytanie gazet stało się moim stałym obowiązkiem.

Pewnego dnia Jakunnikow został wezwany przez dowódcę pułku. Po tym spotkaniu, obok „Jerzego” na jego piersi pojawił się inny nieznany nam order - duży krzyż ciemnoniebieskiego koloru. Takich orderów król angielski wysyłał tylko kilka dla całej armii. Nasz korpus otrzymał jeden i trafił on do najdzielniejszego oficera - naszego dowódcy.

Ale nie udało nam się pozbyć się naszego dręczyciela, porucznika Jakowlewa. Natychmiast po przydzieleniu nas do kompanii i drużyn okazało się, że Jakowlew został przedzielony do dowództwa pułku. Za najmniejsze przewinienie żołnierzowi groziła upokarzająca kara. Jeśli komuś zdarzyło się spóźnić na wieczorny postój, kara była taka sama: 25 batów. A spóźnialskich nie brakowało, i nic dziwnego... Żołnierze w czasie odwrotu byli karmieni zepsutymi artykułami spożywczymi, a i te nie wystarczały i wielu z nich jadło co popadnie, zdobywając prowiant gdzie się tylko dało. Większość żołnierzy była „chora na żołądek”. Zarówno dowódca pułku, jak i Jakowlew oczywiście o tym wiedzieli, ale nie było mowy o żadnej pomocy medycznej. A czerwonka przybierała niepokojące rozmiary. Opieka medyczna była niewystarczająca, nie tylko w naszym kraju, ale także w całej armii.

Jakowlew był odpowiedzialny za wymierzanie kar w pułku. Wykonywał ten obowiązek z niezwykłą gorliwością i nie bez przyjemności. Chłostę powierzano trzem żołnierzom z komendantury. Jeden miał trzymać na kolanach głowę „winnego” żołnierza, przykrytą płaszczem, a pozostali dwaj chłostali rózgami. Porucznik Jakowlew, osobiście nadzorował chłostę i krzyczał:

- Bij mocno i prawidłowo, bo inaczej sam zostaniesz ukarany!

Chłosta była ciężka i upokarzająca nie tylko dla tych, którzy zostali ukarani, ale także dla tych, którzy zostali zmuszeni do wykonania chłosty. Bardzo często żołnierze, współczując swoim towarzyszom, łagodzili ciosy. W takich przypadkach Jakowlew był wściekły i kazał położyć się „współczującemu” żołnierzowi, który był chłostany pod czujnym okiem samego porucznika Jakowlewa.

Z bólem obserwowano, w jakim stanie ukarany wracał do szeregów i jak przygnębiający był dla żołnierzy widok takiego karania ich towarzysza.

Kiedyś zapytałem dowódcę, kto dał prawo chłostania żołnierzy; kary cielesne, jak słyszałem, zostały zniesione. Jakunnikow, rozejrzawszy się, odpowiedział:

- Widzisz, bracie, jest na to pozwolenie samego batiuszki cara.

Okazuje się, że car Mikołaj „w najwyższym rozkazie raczył” wprowadzić kary cielesne dla niższych rangą żołnierzy armii czynnej „na prośbę dowódców pułków i wyższych stopniem”.

 

Zimą 1916 roku na froncie panowała cisza. Nasza jednostka stacjonowała w pobliżu Rygi w rezerwie armii. Ale nawet tutaj rzadko kiedy zdarzało się, by nie natknąć się na pijanego porucznika Jakowlewa.

Zauważywszy żołnierza idącego w jego kierunku, Jakowlew zatrzymywał go i zwykle pytał: „Morda obita?”. Jeśli żołnierz odpowiadał: „Nie, wasze błagorodie”, Jakowlew z całych sił bił go w jeden i drugi policzek, a następnie krzyczał na niego głośno:

- A teraz spadaj, skurwielu, i nie pokazuj mi się więcej na oczy!

Gdyby żołnierz odpowiedział: „Tak oczywiście, morda obita!”. - Jakowlew powiedziałby: „No to spadaj!”. I ograniczał się do przekleństw.

Żołnierze szybko się nauczyli i dostosowali. Czasami, gdy natykali się na niego na ulicy, zawsze szybko odpowiadali:

- Tak oczywiście, morda obita, wasze błagorodie.

- Przez kogo?

- Przez ciebie, wasze błagorodie!

- O to to, - Jakowlew uśmiechał się wtedy szyderczo i puszczał żołnierza, nie dotykając go.

Dowódca pułku, pułkownik Zajczenko, oczywiście wiedział o tych rozrywkach swojego oficera, ale sam nie był lepszy od niego.

Pewnego dnia przyszła moja kolej, aby pójść do kuchni. Musiałem przynieść obiad dla moich towarzyszy. Wziąłem w dwa kociołki, cztery porcje barszczu i wracałem. Pułkownik Zajczenko zbliżał się do mnie. Wyprostowałem się, odwróciłem twarzą do niego – oszacowałem go oczami, jak to nazywają. Ale mój wygląd musiał nie spodobać się dowódcy pułku. Trudno się jednak dziwić: wielkie filcowe buty, poplamiona bawełniana kufajka nie dodawały schludnego wyglądu. A do tego pełne kociołki nie dawały mi szansy ominięcia dowódcy. Pułkownik mnie zatrzymał:

- Która kompania?

Odpowiadam zgodnie z regulaminem:

- Jestem szeregowym żołnierzem drużyny zwiadowczej 130. Chersońskiego Piechoty Pułku Jego Cesarskiej Wysokości Wielkiego Księcia Andrieja Władimirowicza.

- A kim ja jestem?

- Dowódca 130. Chersońskiego Piechoty Pułku Jego Cesarskiej Wysokości Wielkiego Księcia Andrieja Władimirowicza - pułkownik Zajczenko.

- Przed kim żołnierz powinien stanąć na baczność?

Zaczynając od cesarza i cesarzowej, wyliczam, przed kim żołnierz musi stanąć na baczność. Dowódca pułku nie miał cierpliwości, by wysłuchać do końca i przerwał mi:

- Jak ty myślisz, czy konieczne jest stanąć przede mną na baczność?

- Zgadza się, powinienem!

- Dlaczego tego nie zrobiłeś?

- Trzymam w rękach pełne kociołki, wasze wysokobłagorodie.

- Ach tak - powiedział ironicznie pułkownik. I nagle krzyknął: - Nie znasz regulaminu! Na moją komendę! Na prawo zwrot! Równym krokiem marsz!

Rozlewając barszcz, ruszyłem, starając się jak najlepiej wybijać krok. Ale w ogromnych filcowych butach było to niemożliwe. Przeszedłem 50 kroków i słyszę komendę:

- W tył zwrot, marsz!

Odwróciłem się i ruszyłem z powrotem. Gdy dotarłem do dowódcy pułku, stanąłem przed nim na baczność.

A ręce wciąż miałem zajęte kociołkami, w których została połowa barszczu.

Dowódca pułku ponownie wydaje komendę:

- Na prawo zwrot! Równym krokiem marsz!

Wzorowo wykonałem komendę, oddaliłem się na 60 metrów, maszerowałem dalej ponieważ nie usłyszałem żadnej komendy. Cóż, zaczynam myśleć, że mój dręczyciel mi odpuścił. Maszeruję kawałek dalej i odwróciłem głowę. Ale on to widzi z daleka.

- W tył zwrot, - krzyczy - Biegiem do mnie!

Kiedy do niego dobiegłem, zaczął mnie besztać, przypominając, że nie mam prawa się rozglądać. Nie znam regulaminu i nie mam szacunku dla rangi. Stoję na baczność, słucham, milczę. Gdybym próbował się sprzeciwić, czy choćby powiedzieć słowo na swoją obronę, byłoby jeszcze gorzej.

Kiedy znudziło mu się przeklinanie, ponownie wydał mi komendę: - Równym krokiem marsz! - Potem znowu: - W tył zwrot, marsz! - I tak długo gonił mnie w tę i z powrotem, kpiąc ze mnie.

Wróciłem do koszar z pustymi kociołkami. Moi towarzysze naskoczyli na mnie: gdzie ja przepadłem - żołnierze z innych oddziałów już dawno zjedli posiłek. Ale ja pokazałem im puste kociołki i opowiedziałem, jak pułkownik Zajczenko zostawił nas bez posiłku, ćwicząc ze mną musztrę z kociołkami.

Tego rodzaju znęcanie nie przechodziło bez śladu. Pozostawiało ogromna rysę w duszy każdego żołnierza, którego ludzka godność została tak okrutnie znieważona. Ukryta nienawiść do zadowolonych z siebie oficerów kumulowała się i szukała ujścia. (…)

Podczas mojej służby w armii carskiej spotkałem różnego rodzaju oficerów. Byli wśród nich uczciwi, odważni dowódcy, którzy traktowali żołnierzy tak dobrze jak porucznik Jakunnikow, ale więcej było takich jak Jakowlew i Zajczenko, którzy nie uważali żołnierza za człowieka. (…)

Wieczorami, gdy żołnierze odpoczywali, nasz dowódca porucznik Jakunnikow często przebywał z nami, rozmawiał, pytał, jak nam się żyło przed wojskiem. Któregoś dnia podszedł do mnie, gdy już miałem pisać list do brata w Moskwie. Kiedy zobaczył adres na przygotowanej kopercie, Jakunnikow zapytał:

- Jesteś z Moskwy?

- Nie, urodziłem się w wiosce w guberni riazańskiej, gdzie mieszkają mój ojciec i matka. Ale przez kilka lat pracowałem w Moskwie i skończyłem tam szkołę - wieczorową szkołę przyzakładową.

- Musiało być ci ciężko. Przypuszczam, że pomagał ci ojciec?

- Nie, wasze błagorodie, to moja rodzina potrzebowała pomocy, mieliśmy mało ziemi, a ojciec miał liczną rodzinę na utrzymaniu - dziesięcioro dzieci: siedmiu synów i trzy córki.

- Czy to wszystkie twoje książki? - zapytał dowódca, wskazując na mój wypchany plecak. - Opowiedz mi o sobie i swojej rodzinie.

Uważnie słuchał mojej opowieści o naszym trudnym życiu. Ciężko było mojemu ojcu i matce wyżywić taką hordę: nie było wystarczająco dużo ziemi, a marne grunty dawały liche plony. A o wykształceniu nie śmiano nawet myśleć. Tylko ja i jeden z braci chodziliśmy do wiejskiej szkoły, a reszta była analfabetami. A gdy tylko jeden z nas skończył 14-15 lat, ojciec wysyłał go do Moskwy, aby zarabiał pieniądze - w fabryce lub zakładzie. Przyszła kolej i na mnie. Miałem zaledwie 14 lat. Ojciec i matka przyszli ze mną na dworzec. Matka, zgodnie z rosyjskim zwyczajem, pobłogosławiła mnie, założyła mi krzyżyk na szyję i połykając łzy, powiedziała:

- Żegnaj, synu, pracuj uczciwie. Będzie ci ciężko, mój kochany, ale to lepsze niż tu głodować... Nie zapominaj o rodzicach.

Aby znaleźć dla mnie pracę, mój starszy brat pół roku wcześniej wpisał mnie na listę oczekujących w manufakturze Zindla, gdzie sam pracował od kilku lat. Zostałem przyjęty i umieszczony w internacie z bratem.

Wkrótce dowiedziałem się, że fabryka ma szkołę wieczorową. Zapisałem się. Po 10-godzinnym dniu pracy spędzałem dwie i pół godziny w szkole wieczorowej. Ukończyłem ją w dwa lata, ale bardzo chciałem uczyć się dalej. Zapisałem się na wieczorowe kursy dla księgowych. Ukończyłem je i zacząłem pracować jako urzędnik, ale wkrótce zostałem powołany do wojska.

- Powinieneś uczyć się dalej - powiedział Jakunnikow, wysłuchawszy mojej historii.

- Mam takie marzenie, wasze błagorodie - ucieszyłem się, że rozmowa zeszła na ten temat. - Ale nie wiem, co robić...

Powiedziałem mu też o moim pragnieniu by otrzymać status jednorocznego ochotnika.

Przez jakiś czas Jakunnikow siedział w milczeniu, patrząc na mnie ze współczuciem. Potem powiedział:

- No cóż, może uda mi się załatwić ci miesięczny urlop. Ale o zdobyciu pozwolenia na przystąpienie do egzaminów i otrzymaniu statusu jednorocznego ochotnika nie masz nawet co marzyć. Nasze dowództwo jest przeciwne temu, by żołnierze zostawali oficerami. Uważają, że stopień oficerski jest przywilejem szlachty. Pochodzący z rodziny robotniczej lub chłopskiej, a nawet służący w wojsku jako szeregowcy, w ich opinii będą marnymi oficerami ...

- Zrobimy tak - kontynuował po chwili namysłu porucznik Jakunnikow. - Sam wydam pozwolenie na egzaminy. Mam formularze i pieczątkę dowódcy drużyny zwiadowczej. Może tam, w Moskwie, nie będą dochodzić, kto ma, a kto nie ma prawa wydawać takich zezwoleń.

- Proszę cię tylko, Fomin, nie zawiedź mnie... Po pierwsze, nikt w naszym pułku nie może o tym wiedzieć, ani jedna osoba. Po drugie, po powrocie z urlopu, jeśli zdasz egzamin, nie zgłaszaj meldunku o tym, dopóki nie zostaniesz przeniesiony do innego pułku. A może, ku naszemu szczęściu, dowódca pułku zostanie gdzieś przeniesiony. Poza tym chcę cię ostrzec: pamiętaj, aby wrócić dokładnie na czas, ponieważ, jak wiesz, za spóźnienie adiutant pułku wysyła raport do pułkownika Zajczenki. A on daje 25 batów za każde 24 godziny spóźnienia....

Po otrzymaniu niezbędnych dokumentów pojechałem do Moskwy, zdałem egzaminy i wróciłem do jednostki dokładnie miesiąc później, w przeddzień Nowego Roku - 1917.

Czy wiedziałem, że ten rok przyniesie tak wiele zmian!

Podczas mojej nieobecności nastąpiły zmiany w armii: zwiększono liczbę pułków, zmniejszając w nich liczbę batalionów. Zostałem przydzielony do nowo sformowanego pułku.

O rewolucji lutowej dowiedzieliśmy się zaledwie dwa dni po jej wybuchu. Pierwszą rzeczą, jaką odczuliśmy, było pewne zamieszanie wśród oficerów. Ich stosunek do żołnierzy zmienił się radykalnie: jedni żywili źle skrywaną niechęć, inni zaczęli się spoufalać, wchodzić „w zaufanie”. Niektórzy oficerowie opuścili pułk i uciekli. W szczególności zniknęli pułkownik Zajczenko, dowódca pułku i porucznik Jakowlew, nasz dręczyciel. (…)